Komunia
Czy naprawdę zawsze to co powinno być najważniejsze jest takie dla nas? Jak bardzo nasza hierarchia wartości została zniekształcona?
— Rafał Falcewicz

W średniej wielkości mieście na południu Polski mieszkała w swoim domu rodzina Boryszewskich. Dom na tyle duży, że określenie willa bardzo pasowało do niego, otoczony był wysokim murowanym murem, w jasnym kolorze dopasowanym do elewacji domu. Mur zapewniał spokojne życie wolne od spojrzeń postronnych osób. Boryszewski prowadził dobrze prosperującą firmę w branży chemii budowlanej, w wyniku czego rodzina nie musiała w ogóle przejmować się w życiu kwestiami materialnymi. Boryszewska z kolei zajmowała się głównie domem i ich jedynym dzieckiem - Wiktorią.
Była to zadbana kobieta po czterdziestce, z włosami zafarbowanymi na blond, o brązowych oczach, która dzisiaj, jak i od paru ładnych dni wiodła bardzo niespokojne życie. Powodem tego stanu była jak mówiła – finalizacja wielkiego projektu – I Komunia jej córki Wiktorii. Przygotowania do tego wydarzenia podjęła już kilka lat temu, rezerwując na wyłączność najlepszą restaurację w mieście. Gości na przyjęciu potwierdzonych będzie grubo ponad setka, nie licząc oczywiście usługodawców, więc czytelnik może sobie powagę tego „przedsięwzięcia”. Motyw komunii też nie mógł być przypadkowy, Boryszewska zleciła przygotowanie przystrojenie sali i przygotowanie dekoracji w kolorze „Mocha Mousse”. Z planowanych atrakcji na przyjęciu możemy wymienić takie rzeczy jak fotobudka, czekoladową fontannę i animatora dla dzieci, i to nie byle jakiego, ale mający rekomendacje nawet celebrytów. Najbardziej dumna jest jednak Boryszewska z organizacji pokazu iluzjonisty, który podobno zachwyci nawet dorosłych gości. O rzeczach takich jak jedzenie, fotograf, kamerzysta, muzyka nie będę nawet szerzej pisać, w końcu komunia to głębsze przeżycie, w pewnym sensie duchowe.
Wiele trosk sprawił kobiecie fakt, że w kościele jej córeczka będzie musiała być ubrana w albę… taką samą jak wszystkie dzieci. Na nic zdały się pertraktacje z proboszczem. Ksiądz pozostawał głuchy na wołanie jej i wielu innych matek. Na nic zdały się argumenty, że to jej jeden z najważniejszych dni w życiu, a każde dziecko ma prawo do własnej ekspresji dopasowanej do jej indywidualnych cech. „Szczęście, że dzieci mają dowolność co do fryzury i butów” – pomyślała. Buty zostały już sprowadzone z Włoch, więc w jej opinii nawet ksiądz powinien być zadowolony. Oprócz pięknej stylizacji włosów Wikusia będzie miała makijaż i manicure. „Oczywiście taki odpowiedni dla jej wieku, tak żeby wyglądała pięknie i naturalnie, podobnie jak dzieci goszczące czasami w telewizji” – twierdziła. Po kościele natomiast kreacja Wikusi będzie już dopełniona. Czeka na nią piękna suknia uszyta na zamówienie w Krakowie za ponad 6 tysięcy złotych. „Dzięki Bogu ten kościół szybko się skończy i będzie można celebrować to wydarzenie, jak należy” – pomyślała Boryszewska.
„Ten kościół…” - rozważała w myślach – „Powinni to wszystko skrócić i w ogóle w innej formie zrobić. Co to na przykład za czytania? Nudne, czytane brzydko przez dzieci, które się do tego nie nadają. Boże mój! Czy naprawdę nie można czegoś bardziej aktualnego dać, bardziej odpowiedniego dla dzieci – w końcu to ich święto? A ta pieśń? Daliby sobie spokój o Jerozolimie i Syjonie kazać śpiewać jak tam wojna i inne okropieństwa się przecież dzieją. Ja rozumiem, że to jest część Komunii, ale naprawdę myślę, że w pół godziny powinni się zamknąć, w dzisiejszych czasach nie ma miejsca na takie lanie wody. Albo te świeczki, niebezpieczne to i niepotrzebne. Skoro mamy świeckie śluby i pogrzeby, to może warto by się zastanowić na czymś takim jak świecka komunia…”
Z tych refleksji wydobył Boryszewską powrót Wikusi od kosmetyczki, fryzjer był wcześniej. Salon w domu Boryszewskich był urządzony bardzo pieczołowicie, podążając za wszelkimi bieżącymi modami. Wnętrze wypełniały głównie różnego rodzaju szarości, dobrane przez znanego projektanta wnętrz, który określał swoje dzieło mieszkanką stylów skandynawskich i minimalistycznych. Kształty tworzące to pomieszczenie pozbawione były wszelkiego rodzaju krzywizn na korzyść kątów prostych, które miały świadczyć o nowoczesności i elegancji tego miejsca, ale niekoniecznie nadawały domowy, ciepły klimat. Do takiego salonu weszli Boryszewski i Wiktoria. Kobieta, gdy ujrzała swoją dziewięcioletnią córkę, wpadła w ogromny zachwyt. Miała przed sobą postać, wyglądającą jak skrzyżowanie panny młodej i prezenterki telewizyjnej w miniaturze. Gdyby stracić perspektywę, trzeba by się chwilę zastanowić czy na pewno mamy przed sobą dziecko. - Jest perfekcyjnie, kochanie – powiedziała – i wszystko dzisiaj takie będzie. Nic nie może zniszczyć twojego dnia.
Po upływie jakiejś dwóch i pół godziny, wszyscy domownicy byli już gotowi, aby udać się do kościoła. Oczywiście nie mieli się oni tam dostać zwyczajnym samochodem, tylko wynajętym autem zabytkowym, z odpowiednim szoferem oraz przystrojeniem. Podróż przebiegła, bez żadnych opóźnień lub jakichkolwiek niepokojących zdarzeń. Limuzyna podjechała pod kościół. Kościół, nieduży, zbudowany w stylu barokowym, otoczony był drzewami, które jak to bywa w maju, są najbardziej zielone. Wszystko jednak zatracało się w tłumie dzieci, rodziców i dalszej rodziny, ubranych bardziej na ślub i wesele niż na I komunię. Samochód z Boryszewskimi podjechał pod samo główne wejście. Od momentu przyjazdu towarzyszył im fotograf i kamerzysta, fotografując i filmując każdy ich krok. Całość przypominała bardziej przyjazd gwiazdy filmowej na rozdanie nagród niż przyjazd dziecka do kościoła. Brakowało tylko czerwonego dywanu. W tym momencie jakaś starsza kobieta podeszła do Boryszewskich. Matkę dziecka ogarnął gniew, ponieważ osoba ta zmarnuje tyle potencjalnych pięknych zdjęć, z przyjazdu Wiktorii. - I gdzie tutaj Chrystus? - spytała starsza pani. - Najpewniej będzie na kolejnej mszy, w tej grupie nie ma takiego nazwiska. - odpowiedziała wzburzona kobieta.
© 2026 literacki.org. Tekst chroniony prawem autorskim — kopiowanie i przedruk bez zgody wydawcy są zabronione. Regulamin i prawa autorskie